Pamięta Pani początki swoich zainteresowań sztuką?

Agnieszka Izydorczyk: Już jako dziecko kochałam taniec i sztukę. Czasem wydaje mi się, że nadal nie dorosłam, bo od dzieciństwa robię wciąż to samo. Jako dziecko dużo rysowałam i majsterkowałam – w życiu dorosłym zajmuję się grafiką i scenografią. Zmieniła się tylko skala przedsięwzięcia. W Teatrze Małym w Manufakturze stworzyłam scenografię do przedstawień: „Miłość i Polityka”, „Młynarski Sentymentalnie”, „Balladyna”, „To nie była piąta…” i „Ania z Zielonego Wzgórza”. Współpracuję z wieloma firmami, dla których projektuję grafikę, jak również aranżację wnętrz. Tak samo jest z tańcem – jako dziewczynka stawiałam na środku pokoju lustro i całe godziny tańczyłam – teraz układam choreografie w salach baletowych z całymi ścianami luster.

Skąd Pani fascynacja tańcem flamenco ?

A.I.: Flamenco to niezwykła forma sztuki, nierozerwalnie związana z cyganami. To cyganie andaluzyjscy stworzyli Flamenco, które teraz podbiło serce całego świata. Zafascynowała mnie ekspresja, spontaniczność i żywiołowość tego gatunku. Tańcząc Flamenco, można wyrazić całe spektrum emocji, ten taniec jest trochę „brudny”, jest blisko życia, w przeciwieństwie np. do tańców towarzyskich, w których ważniejszy jest szeroki uśmiech i technika. We Flamenco tancerka może się krzywić, wygłupiać, rozpaczać. Flamenco uczy również pokory, jest niezwykle trudne technicznie. Podczas mojego pobytu w Hiszpanii ukończyłam miesięczny kurs flamenco i staram się, aby podczas moich występów widzowie mogli się zapoznać z tym pełnym ekspresji gatunkiem.

W tym gatunku ogromną rolę odgrywa jednak muzyka, prawda?

A.I.: Mam to szczęście, że Michał potrafi wydobyć ze swojej gitary klimaty niezbędne, by stworzyć gorący nastrój tego tańca. Moja wielka miłość do tej muzyki zaowocowała obecną fascynacją – muzyką folkową. Co chwilę odkrywam kolejny fascynujący folklor, którego po prostu muszę się nauczyć. Uczyłam się tańców orientalnych, potem były tańce perskie i hawajskie, teraz przerabiam kulturę i tańce Meksyku, za chwilę pewnie znowu odkryję coś nowego.

Znaleźliśmy się w miejscu, w którym Wasze drogi artystyczne się spotkały. Chciałbym poznać ścieżki, którymi zdążał Pan do osiągnięcia takiego poziomu gry na gitarze, który zachwyca słuchaczy.

Michał Izydorczyk: W pamięci pozostaje mi jedno bardzo silne wspomnienie. Gdy miałem pięć lub sześć lat usłyszałem w radio utwór – wydaje mi się, że był to któryś z koncertów Chopina. Pamiętam z jak wielkim natchnieniem i skupieniem go wysłuchałem. Po tym doświadczeniu świat muzyki pochłonął mnie na zawsze. Moje losy mogły się jednak potoczyć zupełnie inaczej. Chodziłem bowiem do Szkoły Podstawowej nr 3 w Aleksandrowie – mogłem więc zostać sportowcem. Miałem niezłe wyniki i wróżono mi wiele sukcesów.

Muzyka jednak wygrała?

M.I.: Tak. Muzyczna pasja zaczęła o sobie coraz mocniej przypominać. W tamtych czasach nie brakowało w Aleksandrowie kolorowych oryginałów, artystów oraz długowłosych hipisów jeżdżących autostopem i grających na gitarach. Ze względu na miłość do muzyki związałem się z nimi i tak sportowa rywalizacja przegrała z gitarową pasją. Później była szkoła muzyczna, warsztaty jazzowe, różne zespoły i style, niezliczone godziny ćwiczeń, czyli powszedni dzień muzyka. Zostałem też członkiem Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. Koncertując z nim przemierzyłem Polskę i Europę. Początkowo byłem członkiem chóru, ale po trzech miesiącach przeniosłem się do orkiestry jako gitarzysta. Był też w moim artystycznym życiu warszawski epizod. Na krótko zamieszkałem w Warszawie, gdzie próbowałem stworzyć zespół muzyczny. Nic z tego jednak nie wyszło. Wróciłem do domu i tu oddałem się muzycznej działalności. To był okres, w którym potrafiłem ćwiczyć na gitarze po 15 godzin dziennie!

Czy muzyka przynosiła zyski, czy musiał Pan znaleźć inne źródło utrzymania?

M.I.: Zacząłem pracę na planach filmowych jako dźwiękowiec. W latach 1994-1999 pracowałem przy produkcji filmów fabularnych, dokumentalnych i programów telewizyjnych jako realizator dźwięku i asystent. To był ciekawy zawód, poznałem w tym czasie wielu ludzi filmu, ale wkrótce zrozumiałem, że taka praca mnie nie satysfakcjonuje. Postanowiłem wrócić do muzyki. Był rok 1999, wiedziałem, że w Aleksandrowie jest gitarzystka Viola. Udało mi się z nią skontaktować i tak powstał pierwszy skład Funny Fingers. Zespół występował m.in. dla ambasad Portugalii i Brazylii, brał udział w Festiwalu Romów – Ciechocinek 2000, w Łódzkim Festiwalu Flamenco oraz w Festiwalu Kultury Iberoamerykańskiej w Warszawie. Koncertowaliśmy w Filharmonii Narodowej, graliśmy z takimi sławami jak Gipsy Kings. Kiedy Viola wyjechała, na jej miejsce pojawił się Irek Walczak, który – razem ze mną i z Agnieszką – tworzy skład zespołu do dziś.

Nie zerwał Pan jednak całkowicie z filmem.

M.I.: To prawda. Wkrótce również odezwały się kontakty, które zawarłem na planach filmowych – i tak zacząłem komponować muzykę filmową. Moja muzyczna współpraca z filmem rozpoczęła się w 1998 r. od skomponowania muzyki do tryptyku filmowego „Mózg”. Do dziś owa pasja zaowocowała muzyką do ponad pięćdziesięciu filmów, spektakli teatralnych, niezliczonych reklam i muzycznych ilustracji programów telewizyjnych, np. Magazynu Kryminalnego 997. Kiedy Agnieszka zaczęła swoją przygodę ze scenografią, w naturalny sposób zacząłem tworzyć też na potrzeby teatru. Teraz, po latach, mimo malejącej ilości włosów na głowie, udaje mi się utrzymać klimat hipisowskich czasów, bo razem z Agnieszką prowadzimy koncertowe życiem na walizkach. Dzielimy czas między zespoły Funny Fingers, który gra muzykę inspirowaną jazzem i flamenco, a Club de Paris, w którym gramy muzykę francuskich cyganów – gypsy jazz.

Pani Agnieszko, czy pamięta Pani jak doszło do waszego spotkania?

A.I.: Razem z moim kuzynem włóczyliśmy się po Piotrkowskiej i zupełnie przypadkiem trafiliśmy na koncert Funny Fingers. Powiedziałam na ucho kuzynowi, że bardzo podoba mi się gitarzysta. Ten, niewiele myśląc, zaczepił Michała i w bardzo zabawny sposób powiedział mu: „Sir, zaimponowałeś pewnej młodej damie, mojej siostrze”. Michał dosiadł się do naszego stolika, wymieniliśmy się numerami telefonów, a za parę miesięcy już ze sobą mieszkaliśmy. To był rok 2000.

Macie to szczęście, że robicie to, co lubicie, ale przyznajcie, że czasami kosztuje Was to wiele pracy, wysiłku i zaangażowania.

M.I.: Staramy się mocno stąpać po ziemi. Nie trzymamy się kurczowo tego, w czym odnieśliśmy jakieś sukcesy. Świat się zmienia i musimy swoje działania artystyczne do tych zmian w otoczeniu dostosowywać. Obecnie dużo koncertujemy, robimy warsztaty dla dzieci, Agnieszka zajmuje się grafiką i tworzy scenografie, ja piszę muzykę do filmów i sztuk teatralnych.

Czy wspólne realizowanie się w życiu zawodowym oddziałuje jakoś na Wasze życie prywatne?

A.I.: Czasami zdarza się nam spierać przy realizowaniu niektórych projektów, ale zawsze potrafimy dojść do porozumienia i – co najważniejsze – nasze życie zawodowe nie ma negatywnego wpływu na relacje w naszym związku.

Tym optymistycznym akcentem zakończymy naszą rozmowę. Dziękuję za czas poświęcony naszym Czytelnikom. Życzę Wam jeszcze wielu sukcesów, a nam – widzom i słuchaczom – wielu wzruszeń i artystycznych doznań podczas obcowania z Waszą sztuką. Dziękujemy.

Rozmawiał Henryk Zych

Agnieszka Izydorczyk – tancerka, grafik, scenograf. Absolwentka Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi na wydziale Grafiki. Zdobywczyni pierwszego miejsca w konkursie na najlepszą tancerkę flamenco organizowanym podczas Międzynarodowego Festiwalu Flamenco w Łodzi w 2005 r. Jej rodzinnym miastem jest Konstantynów Łódzki, ale od lat mieszka w Aleksandrowie. Tutaj występowała i prowadziła warsztaty flamenco.

 

Michał Izydorczyk – muzyk, gitarzysta, producent, kompozytor, aranżer i realizator dźwięku. Uczył się w Państwowej Szkole Muzycznej II st. im. Stanisława Moniuszki. Współpracował z Centralnym Zespołem Artystycznym Wojska Polskiego, z którym koncertując przemierzył Polskę i Europę. Twórca zespołu Funny Fingers, z którym wielokrotnie występował w Aleksandrowie Łódzkim.